23.06.12 Wrocław/Leśnica – Lubin

Pierwszy nocleg w lesie k/Lubina

Pierwszy nocleg w lesie k/Lubina

Decyzja zapadła. Nie ma sensu kręcić się po Wrocławiu i okolicach i czekać na cud. W Austrii i Szwajcarii gdzie pracowałem przez ostatni miesiąc dalszego zatrudnienia nie znalazłem. We Wrocławiu szukanie pracy na niewiele się zdało. Po prostu jej nie ma zwłaszcza dla starszego Pana. Pakuję na stary chiński rower kupiony za 250 zł swój skromny bagaż i ruszam w kierunku Lubina. Moim dobytkiem są 2 białe sakwy przytwierdzone do tylnych kół roweru, 2 kpl. ubrań, duża torba wypakowana śpiworem, małym plecakiem, kosmetyczką, kurtką przeciwdeszczową i dużymi czarnymi foliami na śmieci. Na wszelki wypadek zabrałem 2 konserwy, 2 tabliczki czekolady, bochenek chleba i słoik smalcu. Paszport, dowód osobisty, prawo jazdy i karta bankowa, w kieszeni 80 Euro i 300 zł w gotówce. Pochmurno, jadę z wysiłkiem mając za przeciwnika oprócz własnej kondycji i niekończących się wzniesień również silny wiatr (tak będzie z małymi przerwami do Konz koło granicy francuskiej). Do Prochowic dojeżdżam resztką sił. Muszę odpocząć kilka minut. Zatrzymuję się na poboczu i widzę kilka metrów za rowem melioracyjnym stoi bocian. Popatrzył na mnie obojętnie i nie spłoszony, powolutku poczłapał na pobliskie pola. Życz mi szczęścia ? pomyślałem. Na kilku odcinkach drogi, zwłaszcza przed Prochowicami i Lubinem zamiast jechać pcham rower pod górkę. Cóż, od samego początku podróży jestem świadomy przeszkód z jakimi przyjdzie mi walczyć: wiatr, wzniesienia, uszkodzenia roweru i co za tym idzie konieczne naprawy, deszcz, upał i sam Bóg wie co jeszcze. Jednak z jakiejś dla mnie niewytłumaczalnej przyczyny całkowicie oddałem się pod opiekę mojego anioła stróża. mogę zginąć potrącony przez samochód, dostać ataku serca, wylewu, zostać napadniętym i ciężko pobitym bez możliwości wezwania pomocy. Swój stan psychiczny określił bym wtedy i podczas całej podróży mianem całkowitej obojętności na takie zdarzenia. Nie czułem strachu. Zawierzyłem się mojemu aniołowi gdyż wcześniej wielokrotnie ratował mnie z różnych opresji. Może i tym razem stanie przy mnie. Do Lubina dojeżdżam wieczorem. Tuż za miastem po prawej stronie drogi skręcam do lasu. W tym miejscu najczęściej stoją prostytutki oczekujące klienta. Dzisiaj ich nie ma. Znajduję miejsce za małą polanką mijając po drodze zużyte prezerwatywy, puste puszki po piwie i chusteczki higieniczne. Miejsce na legowisko oczyszczam z gałązek i kamieni. Zanim rozłożę czarną folię podsypuję pod nią suche liście, których niestety nie ma zbyt wiele. Od kilku dni z przerwami pada deszcz. Rozwijam śpiwór i w ubraniu wskakuję do środka. Nie mam ochoty na jedzenie więc sięgam po papierosa i przyglądam się przejeżdżającym samochodom. Do drogi mam jakieś 30 metrów. Po przeciwnej stronie znajduje się kopalnia miedzi. Słychać głośne dudnienie pomp wtłaczających powietrze do położonych 800 metrów pod ziemią chodników. Zapada zmierzch. Zmęczony odwracam się na bok i natychmiast zasypiam.