24.06.12 – Niedziela – Lubin ? Polkowice ? Jakubów (o 12.00 msza) ? Gaiki ? Golowice ? Grodowiec – Polkowice ? Sobin ? Chocianów (58 km)

Jakubów

Przed sanktuarium w Jakubowie

Budzę się po 6.00, o dziwo rześki i wypoczęty. Ledwo wygramoliłem się ze śpiwora zauważyłem mężczyznę idącego od drogi w moim kierunku. W ręku trzymał koszyk, a w nim kilka grzybów ? chyba opieniek. Spojrzał lekko przestraszony to na mnie to na moje legowisko. Powiedzieliśmy sobie grzecznie ?Dzień dobry?. To było moje ?Pierwsze spotkanie 3 stopnia?. Pakuję się, papieros i w drogę do Jakubowa. Długie podjazdy i niewielkie zjazdy. Mijam Polkowice. Pogoda dopisuje, jest gorąco i mały wietrzyk z przodu. Dookoła lasy. Do Jakubowa dojeżdżam o 11.45. W budynku parafii zastałem zdyszanego, młodego księdza, którego informuję o swoim zamiarze pielgrzymki rowerem do Santiago de Compostela. Podchodzą do nas dwaj mężczyźni. Przedstawiają się jako członkowie Towarzystwa św. Jakuba w Jakubowie. Jeden z nich ofiaruje się dostarczyć mi po mszy ?Informator pielgrzyma? czyli opis i mapki szlaku św. Jakuba z Jakubowa do Zgorzelca z adresami miejsc gdzie można się po drodze zatrzymać na nocleg. Ucieszyłem się jak dziecko. Wszyscy razem udaliśmy się na mszę. Mały kościółek jest wypełniony po brzegi. Siadam w ławce z tyłu obok wyjścia. Na początku ksiądz powiadamia wiernych, że wśród nas znajduje się pielgrzym udający się rowerem do Hiszpanii. Rozlega się cichy pomruk. Ludzie rozglądają się na boki. Ja też się rozglądam. Pod koniec mszy ksiądz staje przed ołtarzem i głośno woła: ?A teraz proszę naszego pielgrzyma aby podszedł do ołtarza po błogosławieństwo na drogę?. O mało nie zemdlałem z wrażenia. Wstałem, w absolutnej ciszy podszedłem do księdza i ukląkłem przed nim na oba kolana, czując na sobie przenikliwe spojrzenia wszystkich zgromadzonych. Ksiądz położył ręce na mojej głowie i pobłogosławił. Ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w posadzkę kościoła wróciłem na swoje miejsce. Byłem bardzo podekscytowany i roztrzęsiony. Po mszy ksiądz podbiegł do swojego samochodu i wrócił niosąc ze sobą słoik żurku. Dostał zupę od jednego z parafian. Z uśmiechem proponuje żebym się posilił. Nie protestowałem. Żurek okazał się smaczny, gęsty i pożywny. Ksiądz wstawił pieczątkę kościoła do mojego ?Diario del Peregrino? jak nazwałem po hiszpańsku mój dziennik podróży. Uścisnęliśmy sobie ręce na pożegnanie. Ksiądz pojechał odprawić następną mszę. W tej samej chwili zjawił się członek Towarzystwa św. Jakuba z informatorem ?Dolnośląska droga św. Jakuba?. Przejrzałem go pobieżnie. Na końcu odkryłem Credencial z miejscami na pieczątki z kościołów znajdujących się na drodze św. Jakuba. Niestety nie pamiętam imienia tej osoby. Informator sprawił, że zobaczyłem w końcu na własne oczy jak wygląda polska część drogi św. Jakuba. Jak już wspomniałem pieczątki należało zbierać do Credencialu gdyż w Zgorzelcu, obok nowego mostu, tam gdzie kończy się polska cześć drogi św. Jakuba można było otrzymać świadectwo jej ukończenia. Przynajmniej tak miało być. Mała dygresja. Jestem agnostykiem (za Wikipedią:? Bertrand Russell w broszurze „Kto to jest agnostyk?” stwierdził, że chrześcijanie twierdzą, że wiemy, że Bóg jest, ateiści ? że wiemy, że Boga nie ma, natomiast agnostycy przyjmują, że nie ma dostatecznych podstaw, aby potwierdzić istnienie Boga lub mu zaprzeczyć. Za najprostszą ? acz nie we wszystkich przypadkach trafną ? różnicę w odróżnieniu agnostyka od ateisty można przyjąć stwierdzenie: Ateista nie wierzy i zaprzecza, agnostyk nie jest przekonany do istnienia Boga (lub bogów), ale też nie zaprzecza jego (ich) istnieniu.?) Wcześniej we Wrocławiu, zanim ruszyłem w tą dziwaczną podróż zacząłem się interesować ideą pielgrzymki do Santiago de Compostela. Właściwie pierwszą jaskółką na tej drodze była przeczytana kilka lat wcześniej książka-bestseller Joachima Coello ?Pielgrzym? . Z niej właśnie po raz pierwszy usłyszałem o drodze, którą podążają nie tylko chrześcijanie. Spodobało mi się. Podczas buszowania w Internecie odkryłem istnienie we Wrocławiu grupy osób zrzeszonych w tzw. Towarzystwie Drogi św. Jakuba. Zadzwoniłem do nich. Miły Pan Andrzej wyjaśnił pokrótce o co w tym wszystkim chodzi ale również udzielił mi praktycznej wskazówki abym zaopatrzył się w Credencial i zbierał do niego pieczątki. Na trasie Jakubowej znajdują się, zwłaszcza w Niemczech i Francji domy pielgrzyma. Tam na podstawie okazanego Credencialu (im więcej pieczątek tym milej jesteś przyjmowany) można otrzymać bardzo tani nocleg (z reguły 5 EUR za noc) z możliwością skorzystania z prysznica i kuchni. Miał rację, a jego rada okazała się w tej długiej podróży wręcz bezcenna. Jeśli nocujesz przez kilka lub kilkanaście dni w lesie lub polu kukurydzy, możliwość skorzystania z prysznica i pralki jest prawdziwym błogosławieństwem, między innymi, a może przede wszystkim dlatego gdyż przywraca chęć do dalszej podróży. Załamań i myśli o powrocie jest wiele. Zaraz za Jakubowem, włożyłem na siebie koszulkę z krótkimi rękawami, krótkie spodenki i sandały. Zapewniam pod przysięgą, że na długie trasy miękkie sandały na gołych stopach są najlepszym obuwiem na rower. Dwadzieścia kilka dni później dziki zwierz ukradł w nocy jeden z tych sandałów. Zanim zaopatrzyłem się na wyprzedaży w nowe, przeżywałem prawdziwą katorgę jazdy w adidasach. Miałem też okazję przymierzyć tzw. obuwie rowerowe. W gorące i chłodne dni sandałek na nodze jest jednak dla rowerzysty niezastąpiony! W końcu zrobiłem w nich prawie 3300 km 😉 Była 13.15. Ruszyłem w drogę w kierunku na Polkowice. Oczywiście nie obyło się bez pchania roweru pod liczne wzniesienia. Jestem jeszcze za słaby. I to gorąco. Po ponad dwóch godzinach, pamiętając o pieczątkach dojeżdżam do kościoła pw św. Marka Archanioła w Polkowicach. W domu parafialnym po 15 minutach stukania i dzwonienia otwiera drzwi ?zaspana gospodyni. ?Księdza nie ma, proszę przyjść jutro!? mówi do mnie lekko wygrażając palcem i pulchnym podbródkiem. ?Ale ja jestem pielgrzymem, przyjechałem po pieczątkę i jadę dalej do Zgorzelca. Nie mogę przyjść jutro? ? informuję ją bardzo grzecznie Widziałem z jej miny, że tylko jedno zrozumiała ? Potrzebna jest pieczątka. Nie zastanawiając się, wróciła po nią do budynku. Podsunąłem jej nowiutki Credencial i pokazałem miejsce na pieczątkę. Była wyraźnie zdegustowana całą sytuacją. Nie podziękowałem. Odwróciłem się na pięcie, wsiadłem na rower i skręciłem na drogę do Chocianowa. Jest to lokalna trasa prowadząca do autostrady A4 lub na granicę polsko ?niemiecką w Zgorzelcu, samochodów jak to w niedzielę jest niewiele. Dookoła lasy dające cień i upragnioną ochłodę. Często się zatrzymuję na papierosa lub na pchanie roweru pod górkę. Mam czas, duuużo czasu i nigdzie się nie spieszę. Właśnie wtedy postanowiłem jechać niespiesznie, rekreacyjnie, delektując się mijanymi krajobrazami. Zrobię tyle kilometrów na ile będę miał kondycję i ochotę. Po 18.00 jestem 2 km przed Chocianowem. Skręcam do lasu, znajduję osłonięte od drogi miejsce w niewielkim dołku. Rozpoczynam rytuał przygotowania się na nocleg. Chowanie roweru tak aby światła odblaskowe lub blask chromowanych części nie zwróciły czyjejś uwagi. Czyszczenie miejsca pod śpiwór, naniesienie suchych liści służących za materac, rozkładanie czarnej foli i śpiwora. Maskowanie całości gałęziami od strony drogi. Staram się zawsze wybierać na nocleg miejsce 3-5 km od miejscowości, w lesie, zagajniku lub na polu kukurydzy oddalone od dróg samochodowych, polnych lub leśnych i w odległości minimum 50 m, za krzewami. Często miałem okazję zaobserwować ludzi zatrzymujących się na drodze za ?potrzebą?. Nie wchodzą głęboko w las, dzięki temu jest niewielka szansa na odkrycie mnie w nocy śpiącego i całkowicie bezbronnego. Zwierzęta jak wiadomo uaktywniają się po zapadnięciu ciemności. Podchodzą do śpiącego człowieka nawet bardzo blisko zwłaszcza dziki, lisy i borsuki. Należy się wtedy zachowywać spokojnie i nie robić Broń Boże gwałtownych ruchów. Przestraszony zwierz np. dzik może być groźny, locha z małymi wręcz śmiertelnie niebezpieczna. Najgorsze są psy! Największe lizusy wśród zwierząt są bezwzględne w przypodobaniu się swojemu panu. Wyniuchawszy intruza nie spoczną i będą jazgotać dopóty, dopóki nie ściągną swojego opiekuna. O 23 z minutami budzi mnie gwałtowna burza. Deszcz się nasila. Zapomniałem odłożyć kilka worków foliowych na taką okazję. Teraz jest zbyt ciemno na ich znalezienie i nałożenie na śpiwór. Przykrywam się kurtką przeciwdeszczową lecz na niewiele się to zdaje. Po chwili uzmysławiam sobie, że leżę w małym dołku w tej chwili już wypełnionym wodą. Wychodzę ze śpiwora cały przemoknięty. Błąd. Powinienem wstać lecz w nim pozostać. Narzuciwszy na głowę kurtkę mógłbym, stanąć wyprostowany gdzieś pod drzewem i mniej zmoknąć. Deszcz padający z góry ma w takim przypadku mniejszą powierzchnię do zmoczenia. Uczę się na błędach i ?zaczynam marzyć o namiocie. Czas płynie wolno. Silny deszcz przychodzi i odchodzi falami. Nie jest to burza jak ta sprzed 5 dni kiedy od północy do piątej rano stałem kompletnie przemoczony pod drzewem wystawiony na prawdziwe fale burzowe z dziesiątkami piorunów. Tym razem mam w dużej torbie, zapakowane w folii suche rzeczy i jak tylko deszcz osłabnie będę mógł się przebrać. W tej chwili nie miało to najmniejszego sensu. Nic nie widzę w tej ciemności. Stoję pod drzewem i czekam. Łapię się na tym, że stojąc zasypiam na chwilę. Muszę być cierpliwy. Deszcz słabnie po jakichś dwóch godzinach. Zrzucam z ciebie kompletnie przemoczone ubranie. Prawie po omacku trafiam na dużą torbę i wyciągam zapasowe ubranie. Jest tam też druga kurtka przeciwdeszczowa i adidasy. Co za cudowne uczucie ? czuję jak pod suchym ubraniem po całym ciele rozchodzi się przyjemne ciepło. Do rana zostało jeszcze parę godzin. Dam radę. Po czwartej deszcz przestał padać. Mam okazję zapalić papierosa. Do telefonu komórkowego podłączam słuchawki i włączam radio. Na kanale Radio Wrocław toczy się jakaś dyskusja. Dzięki niej do rana szybciej zleciał czas. W Informatorze znajduję adres domu dla pielgrzyma w Bolesławcu. Muszę spróbować, może mnie przyjmą. Wskakuję na rower.