26.06.12 ? Bolesławiec ? Nowogrodziec ? Lubań

Pokoik pielgrzyma w klasztorze Zgromadzenia Sióstr  św. Marii Magdaleny od Pokuty w Lubaniu

Pokoik pielgrzyma w klasztorze Zgromadzenia Sióstr św. Marii Magdaleny od Pokuty w Lubaniu

Cudownie wyspany całuję dłoń siostry Marii i gorąco dziękuję za gościnę. Dostaję pieczątkę do Credenciału. Kilka minut po 9, pochmurno, silny wiatr. Droga III kategorii, lokalna, niewielki ruch samochodowy. Jadę wśród pól, czasami w przelotnym deszczu. Wjeżdżam na mały pagórek z którego już widać kopułę kościoła w Nowogrodźcu. Podjechałem do małego ratusza na małym ryneczku. Urzędnik Stanu Cywilnego chętnie i szybko udzielił pomocy. Po niespełna 30 minutach akt urodzenia brata był przygotowany do wysłania do Filipa. Na moje stwierdzenie, że jadę rowerem do Hiszpanii urzędnik najpierw zapytał ile mam lat, następnie powiedział, że jesteśmy rówieśnikami by na końcu stwierdzić ?Jest Pan bardzo odważny! Ja nigdy bym się na coś takiego nie poważył. Wszystkiego najlepszego!? Później wielokrotnie spotykałem się z gestami podziwu lub niechęci i dezaprobaty. Po części rozumiem też tych drugich. Gdybym miał pieniądze podobny pomysł nigdy by mi nie przyszedł do głowy. Owszem weekendowa jazda rowerem po okolicznych wioskach, lub jakaś mała trasa rowerowa 50 -100 km. Ale, przenigdy 3200 km, w dodatku samemu, z braku funduszy skazanemu na spanie w lesie lub w krzakach przy drodze. Życie jest pełne niespodzianek i raczej przewidywalne. Troszkę się rozpogodziło. Spod ratusza ruszam na ul. Kolejową gdzie kiedyś mieszkałem z rodzicami. Stara poniemiecka willa stoi jak stała, w ogrodzie też nie zauważyłem wielkich zmian. Nawet garaż zbudowany kiedyś przez ojca stoi na swoim miejscu. Niewiele pamiętam z tamtych dni poza szkolną miłością do ślicznej, płowej blondynki Hani w pierwszej klasie Szkoły Podstawowej i buziak, którym ja obdarzyłem na dużej przerwie ku straszliwemu zgorszeniu nauczycielki z j. polskiego. Zabawę w lekarza z Hanią w piwnicy i sensacyjne odkrycie z którym poleciałem do ojca ? Tato! Dziewczyny nie mają siusiaka! Kilka dni później matka złapała mnie pod dywanem na trzepaku, gdzie Hania prezentowała jak bez siusiaka można zrobić siku. Zawróciłem na mojej ul. Kolejowej z rosnącymi jak dawniej po jej obu stronach szpalerem lip. Nie wiem dlaczego latem wiele pszczół spadało martwych na betonowy chodnik. Biegałem po nim na bosaka i bardzo często wracałem do mamy z płaczem i bólem pokazując jej z wyrzutem moje pokłute żądłami stopy. Wspomnienia. Powróciłem do ryneczku, następnie po pieczątkę do Credenciału odwiedziłem jeszcze dawny kościół Magdalenek od Pokuty, a stamtąd kierując się drogowskazem prosto do Lubania. Zaczęło padać. Schowałem się na przystanku autobusowym i zapaliłem papierosa. Walcząc z silnym wiatrem i wzniesieniami po 14.00 dojechałem do Lubania gdzie od razu zacząłem szukać kościoła pw. Św. Jakuba. Na szczęście zastałem księdza. Powiedziałem co mnie sprowadza i otrzymałem do Credenciału pieczątkę i dwie nalepki z żółtą muszlą będącą znakiem graficznym drogi św. Jakuba. Jeszcze zdjęcie na tle planszy drogi i kościoła. Wracam na skrzyżowanie w Lubaniu. W prawo na Zgorzelec, 25 km. W tym momencie staje się rzecz dziwna. Najpierw odechciewa mi się dalszej jazdy. Po prostu zupełny brak ochoty, zniechęcenie, opadnięcie z sił, itd. Po zmianie świateł na zielone z dużym wysiłkiem woli skręcam w prawo, kierunek Zgorzelec. Po 100 metrach lunął (dosłownie) deszcz. Zatrzymuję się trochę dalej przy sklepie meblowym. Niestety na nowo przemokłem, poczułem silniejszy powiew zimnego wiatru i faktycznie ?powiało chłodem. Przypominam sobie, że w Lubaniu jest klasztor. W Informatorze sprawdzam adres i pytam się o niego dziewczynę wychodzącą ze sklepu. Pokazuje mi palcem wystający dach budynku pokrytego czerwoną dachówką jakieś 200 m stąd. Decyzja zapadła. Zawracam. Przestronną aleją dojeżdżam do dwóch budynków. Ten z lewej to klasztor. Z prawej Ognisko Wychowawcze dla Dziewcząt prowadzony przez siostry. Dzwonię do drzwi. W głośniku odzywa się głos młodej kobiety. Później dowiem się, że to siostra Diana. Przedstawiam się i proszę o gościnę do jutra. Po kilku minutach otwierają się drzwi. Siostra Nikodema uśmiecha się i gestem zaprasza do środka. Po schodach z piętra schodzi Wielebna Matka Maksymiliana Michalewska, Przełożona Generalna całego Zgromadzenia istniejącego w tym miejscu od 1217 roku! Podaje mi rękę, a ja przedstawiam się ponownie i ponawiam prośbę o nocleg. Matka zgadza się i prowadzi mnie do pokoju dla gości. Po kilku minutach siostry przynoszą świeżą pościel i ręczniki. Dostaję kawę i bardzo obfity obiad. Do wieczora porządkuję i dosuszam rzeczy. O 18.00 pukanie do drzwi. Młoda kandydatka na siostrę Agnieszka przynosi na tacy kolację. Różne wędliny, sery, pasztet, chleb, bułka, zwyczajne i owocowe herbaty w torebkach. Słowem jestem zasypany jedzeniem, skromnym lecz obfitym. Pałaszuję to wszystko z ogromnym apetytem. W domu zakonnym panuje cisza, tylko z zewnątrz dochodzą odgłosy z położonego wyżej chodnika i jezdni. Biorę kąpiel i mimo wczesnej pory wskakuję do łóżka. Cudowne uczucie być po raz drugi w pościeli. Przeglądam mapę, troszkę słucham radia w telefonie komórkowym. Po 21 zmęczenie daje znać o sobie. Zasypiam.