26.07.12 (38km) – Momberg ?Speckswinkel ?Stadtallendorf ?Langenstein ? Kirchhein ? Amonenburg ? Kleinseelheim

Pola kukurydzy, a w tle Amoneburg

Pola kukurydzy, a w tle Amoneburg

Dzień nie różni się od poprzedniego. Czyli typowe pchanie i zjeżdżanie. 35 C, parno. Mało uwagi zwracam na piękne lecz powtarzające się, monotonne krajobrazy. Jadąc przez lasy często się zatrzymuję dla ochłody przed skwarem. Mam własną filozofię jazdy i rytm dnia. Celem jest dojechać do Francji, delektując się samą jazdą i widokami. Przestaje mieć znaczenie ilość codziennie przejechanych kilometrów. Zrobię tyle na ile będę miał ochotę. Jednak w tym przypadku sprawa nie była taka prosta. Już w Lipsku ustaliłem jak powinien wyglądać mój przeciętny dzień jazdy. Wyjazd między 8, a 9. W mniejszych miejscowościach kupuję najczęściej wodę i Red Bula. Ten ostatni świetnie wpływa na moją kondycję i samopoczucie. Inne napoje energetyzujące nie oddziałują tak szybko i korzystnie. Po południu następny przystanek i zakupy. Kartofelsalat w majonezie, kiełbasa, konserwa, jabłka lub gruszki, puszka z zupą za 1,2 EUR. W zależności na co mam ochotę oraz oczywiście cenę. Zawsze szukam towarów przecenionych, wystawianych w dużych koszach np. w Lidlu, Edeka lub Netto. Dziennie wydaję 3-5 EUR wyłączając zakup tytoniu (4.6 EUR za paczkę) z którego skręcam papierosy. Palę też niewiele. 8-10 szt. dziennie. Rano, w południe i po rozbiciu namiotu wieczorem, kiedy najlepiej smakują. Po godz. 17.00 zaczynam się rozglądać za miejscem na wypoczynek. Preferuję gęsty las, pola kukurydzy to ostateczność ponieważ dużo wysiłku kosztuje zamaskowanie miejsca wjazdu w kukurydzę i ukrycie się w niej tak aby od strony drogi nic nie było widać. Niemcy są gęsto zaludnione. Lasów jest niewiele. W okolicach 18.00 jest się zbyt zmęczonym na dalszą jazdę. Więc perspektywa poszukiwania miejsca na nocleg stawała się z dnia na dzień coraz większym utrapieniem i udręką. Szukanie zajmowało nawet kilka godzin. Parę razy jechałem tak do 22 ? 23.00 nie znajdując nic odpowiedniego. W takim przypadku człowiekowi jest już wszystko jedno i kładzie się tam gdzie jest najciemniej. Wczesnym rankiem pobudka gdyż Niemcy są narodem pracującym. Od 5 rano są na nogach. Spostrzegłem brak wody. Zatrzymałem się obok małego gospodarstwa. Na ławeczce przed stodołą siedział postawny, starszy mężczyzna. Obok niego stała jego żona, syn i wnuczka. Poprosiłem o wodę. – Jesteś Polakiem? ? zapytał z wyraźną niechęcią w głosie i przyglądając się podejrzliwie to mnie to rowerowi. – Jestem Łotyszem, pielgrzymem ? odparłem, jadę do Hiszpanii ? skłamałem bo czułem podświadomie, że Polaków nie darzył sympatią. Nie był zachwycony tym co mu powiedziałem ale wody nie odmówił. Grzecznie podziękowałem i czym prędzej odjechałem z tego nieprzyjemnego miejsca. Od tej pory będę się wystrzegał zatrzymywania na wioskach z wyłączeniem zakupów w marketach. Drogą rowerową dojeżdżam do Stadtallendorf. Wioski, która po wojnie stała się jednym z najszybciej rozwijających się miasteczek przemysłowych w Niemczech. Dość powiedzieć, że właśnie tutaj znajdują się siedziby kilkudziesięciu niemieckich firm tzw. bluechipów. Miasteczko liczy ponad 21.000 mieszkańców z 70 krajów. Następną przygodę którą pamiętać będę jeszcze bardzo długo miałem po dojechaniu do miejscowości Kirchhain. Tutaj kończyła się droga rowerowa i aby dojechać do Marburga musiałem skierować się na drogę lokalną do Amoneburga, Kleinseelheim i Schrock. Jakiś człowiek pokazał mi gdzie mam jej szukać. Zanim opuściłem miasteczko otrzymałem przedsmak tego co mnie za chwilę będzie czekać. Tuż na granicy miasta za wcześnie skręciłem w dróżkę prowadzącą przez następne 5 km wciąż pod górę i to pod kątem prawie 30 stopni. W ten sposób, walcząc z rowerem i wzniesieniem dotarłem inną drogą do Amoneburga. Prawie, gdyż na szczęście dla mnie tuż przed szczytem gdzie znajduje się klasztor i ruiny zamku, a tam nie miałem zamiaru się udać – odkryłem właściwą drogę w kierunku Marburga. Półżywy rozpocząłem powolny zjazd w dół do Kleinseelheim. W pewnej chwili po lewej stronie spostrzegłem duże pole kukurydzy, zaś w oddali pracującego rolnika na traktorze. Będąc przekonany, że mnie nie widzi, szybko skręciłem w kukurydzę, schowałem rower, a sam ciut dalej przygotowałem miejsce na namiot. Troszkę się przy tym napracowałem. Kukurydza tutaj była dorodna i rosła wysoko. Zanim postawiłem namiot, jak przez mgłę usłyszałem gdzieś w pobliżu donośny, męski głos. Coś w jego tonie zastanowiło mnie. Zacząłem się więc intensywnie zastanawiać co usłyszałem. Po chwili do mnie dotarły jego słowa. ?Jeśli się nie wyniesiesz to przegnam cię jak dziką świnię?. Wiatr szeleścił wśród liści kukurydzy. Byłem podenerwowany. Spakowałem się byle jak i w pospiechu opuściłem to niegościnne miejsce. Rolnika na ciągniku już nie było widać. Widocznie pojechał po posiłki albo widły lub dubeltówkę. Codziennie wieczorem słyszałem strzały. Był sezon polowań na dziki. Sam miałem już okazję w nocy usłyszeć dziki buszujące w pobliżu namiotu. Po zjechaniu kilku kilometrów z góry tuż przed Kleinseelheim zauważam małą dróżkę ukrytą wśród pól kukurydzy. Skręcam w nią i po raz drugi zagłębiam się w pole kukurydzy. Przez następne 15 minut popalając papierosy wyglądam na drogę zza kolb kukurydzy sprawdzając, czy ktoś mnie nie śledził. Jest spokojnie. Do Marburga zostało niewiele kilometrów. Chcę tam wjechać przed południem by mieć więcej czasu na poznanie miasta i zwiedzenie Katedry w której spoczywa druga największa świętość Niemców św. Elżbieta. Może też uda się znaleźć dom pielgrzyma? Ubrania są zakurzone i przesiąknięte potem.