27.07.12 – Kleinseelheim – Schrock ? Marburg ? Staufenberg – Giesen (droga rowerowa do Koblentz wzdłuż rzeki Lahn ? Lahntal-Radweg)

Dotarłem do Marburga

Dotarłem do Marburga

Noc w kukurydzy okazała się spokojna, pomijając te dziwne odgłosy kroków, pomrukiwania czy skrobania. Człowiek leży bezradnie w śpiworze, a zimne ciarki przebiegają po całym ciele. Boisz się poruszyć bo albo spłoszysz zwierzęta albo je rozdrażnisz i zachęcisz do ataku. Nigdy nie wiadomo więc w takich sytuacjach leżę nieruchomo ze strachu wydychając powietrze ustami do śpiwora. Rano codzienny rytuał pakowania się, zwijania namiotu, mycia, ubierania i wyciągania roweru z kukurydzy. Lekki wiatr i pochmurno. Taką pogodę lubię najbardziej. Za wioską Schrock zatrzymuję się przy słynnym źródle św. Elżbiety gdzie wg. legendy św. Elżbieta prała i suszyła odzież chorych z założonego przez siebie szpitala dla biednych pielgrzymów. Nabieram wodę do butelki (podobno ma właściwości lecznicze). Podjeżdża samochód. Niemiec wypakowuje z bagażnika ze dwadzieścia pustych butelek i napełnia je po kolei wodą ze źródełka. Słyszę jak narzeka do telefonu ?Teraz gmina buduje tutaj jakiś kiosk z pamiątkami, jeszcze trochę, a zamienią to miejsce w Disneyland? . Faktycznie obok źródełka widać stojąca koparkę i głęboki wykop. Trudno się z tym człowiekiem nie zgodzić. Przed Marburgiem rozpogadza się. Oczywiście nie obeszło się bez pchania. Za kamiennym mostem w Marburgu skręcam w prawo do katedry. Piękne, z pietyzmem odrestaurowane stare miasto jak wiele innych większych i mniejszych spotkanych po drodze. Dużo turystów. Upał. Ludzie wskazują mi drogę do kościoła św. Elżbiety. Początkowo święta została pochowana we franciszkańskiej kapeli swojego szpitala. Wkrótce do tego miejsca zaczęli napływać pielgrzymi z całych Niemiec by jej oddać hołd. Postanowiono rozbudować kaplicę do większej hali by w końcu w 1235 rozpocząć budowę obecnego kościoła. Po reformacji w kościele odbywają się nabożeństwa ewangelickie. Z prośbą o pieczątkę do Credenciału zwracam się do młodego pastora który zaskakuje mnie pytaniem ?Czy nie zechciał by Pan udzielić wywiadu do gazety ?Suddeutsche Zeitung?. Szukają właśnie kogoś takiego jak ja, pielgrzyma długodystansowca ?. Zgodziłem się. Ksiądz zadzwonił do gazety i podał mi telefon. Okazało się, że dziennikarka potrzebowała pielgrzyma ale pieszego, mimo pomyłki ucieszyła się z mojej wypowiedzi. Wyjaśniłem tylko, że pewnego razu w Polsce, we Wrocławiu odczułem potrzebę pobycia sam ze sobą na sam zaś najlepszą do tego celu formą jest pielgrzymka np. szlakiem św. Jakuba. Nie lubię długich pieszych wędrówek dlatego postanowiłem pojechać rowerem. Mniej istotne jest dla mnie czy dotrę do Santiago de Compostello lecz sam fakt jazdy przed siebie nie zważając na nic i nikogo. Noclegu w Marburgu nie znalazłem, za to w punkcie informacji turystycznej (Turistinformation) niespodzianka ? z Marburga do Koblenz prowadzi trasa rowerowa wzdłuż rzeki Lahne tzw. Lahntal- Radweg jedna z kilku najładniejszych niemieckich dróg rowerowych. Pod wpływem jakiegoś impulsu kupuję za 6 Euro mapkę całej trasy. Spadł orzeźwiający deszczyk. Biorę mapę w ręce i obieram kierunek na ?Colbe! Dzięki uprzejmej parze policjantów udaje mi się uniknąć kolejnej, idiotycznej pomyłki w wyborze drogi (czy ja jestem chory na umyśle, że mam taki słaby zmysł orientacji? Od dziecka wciąż są z tym problemy, mylę kierunki jadąc samochodem, rowerem, motorem, a nawet chodząc pieszo). Policjanci pilotują mnie do ogródków działkowych, mijam je i wjeżdżam na żużlową dróżkę z drogowskazem Koblenz ? Staufenberg i symbolem roweru oraz dużą tablicą informującą, że znalazłem się na szlaku rowerowym Lahntal-Radweg. Odetchnąłem z ulgą. Droga żużlowa po dwóch kilometrach przechodzi w drogę polną prowadzącą po wale przeciwpowodziowym. Troszkę mnie to zaniepokoiło. Czy tak będzie wyglądać cała droga? Mijam sporo rowerzystów i spacerowiczów. W dole przy samej rzece tłumy opalających się ludzi. Po pół godzinie takiej jazdy przejeżdżam obok pierwszej, niewielkiej śluzy wodnej na rzece Lahne (od tej pory co kilka kilometrów będzie taka przecinać w poprzek rzekę i jest przeznaczona wyłącznie dla łódek, żaglówek, motorówek, kajaków i niedużych stateczków motorowych). Za nią wyłania się piękna asfaltowa wstęga ginąca w oddali w fioletowym zielsku obrastającym brzeg rzeki. Cały czas jechałem na otwartym terenie w poszukiwaniu ławki w cieniu (ławek i stoliczków na niemieckich szlakach rowerowych jest bez liku). Dopiero za śluzą znalazłem odpowiednią i z wielką ulgą (zwłaszcza, że od rana byłem w ciągłym ruchu) usiadłem, wyciągając przed siebie gołe nogi w sandałkach i krótkich spodenkach. O sandałkach – najlepszym obuwiu dla rowerzysty już pisałem. Krótkie spodenki z wkładką żelową na pupie to drugi bezwzględny mus dla kierowcy. Trzecim jest bawełniana, przewiewna koszulka lub specjalna koszulka z krótkim rękawem dla rowerzysty. Takiej jeszcze nie miałem więc zadowalałem się z niezłym skutkiem zwykłą, bawełnianą. Odpoczywam i cieszę się na myśl o drodze rowerowej przez następne 180 km. Po niecałej godzinie ruszam dalej do Giessen. Po drodze mijam czyściutkie i zadbane niemieckie miasteczka i wioski. Często droga rowerowa skręca od rzeki w ich kierunku. By wrócić na rowerowy szlak należy przejechać przez całe miasteczko. Dzięki temu mam okazję poznać ponad setkę takich troszkę zaspanych, czasami wręcz bajkowych miejsc. Po 20.00 jestem w Giessen, wcześniej nie znalazłem miejsca na nocleg. Szlak rowerowy prowadzi mnie przez most na drugą stronę rzeki. Muszę obejść kawałek miasta. Pod jednym z wielu wiaduktów zaskakuje mnie gwałtowna ulewa. Wpadam w lekką panikę gdyż robi się coraz później, a ja jestem dopiero za centrum miasta. Jeszcze pada kiedy decyduję się jechać dalej. Po kilkunastu metrach stwierdzam z przerażeniem, że złapałem dziurę w dętce. Na naprawę jest za późno. Zaczyna zmierzchać. Biorę się w garść i popycham rower w stronę rogatek miasta. Wreszcie, jakieś 40 minut później mijam kilka domków jednorodzinnych i niewielki park z malutkimi zajączkami kicającymi dookoła, następnie ogródki działkowe, których jest w Niemczech na obrzeżach miast bez liku (podobnie jak w Polsce) i wychodzę na niewielką polanę. 300 m dalej z mroku wieczoru wyłania się las kukurydzy oraz samotny biegacz. Zatrzymuje się nagle obok mnie. ?Może mógłbym Panu w czymś pomóc?? ? pyta uprzejmie młody Niemiec. ?Szukam drogi rowerowej w kierunku Wetzlar tzw. Lahntal-Radweg. Chyba się zgubiłem? ? odparłem rozkładając bezradnie ramiona ale nie pokazując mu uszkodzonej dętki. ?Jest Pan na właściwej drodze ? odparł ? za tym polem znajduje się owa droga rowerowa? Podziękowałem mu jak najuprzejmiej potrafiłem. Chłopak pobiegł w stronę miasta ja zaś popchałem rower ku kukurydzy pilnie rozglądając się na boki i nadsłuchując podejrzanych dźwięków. Tylko z ogródków działkowych dochodził cichy odgłos z telewizora. Odetchnąłem z ulgą. Rower chowam w pobliskich krzakach uprzednio zdejmując tylko dużą torbę ze śpiworem i namiotem. Sprawdzam drogę jeszcze raz i delikatnie odchylając pręty kukurydzy wchodzę jakieś 15 m w głąb pola. Przygotowuję legowisko z liści kukurydzy i nie będąc pewien czy w nocy nie spadnie deszcz rozkładam namiot bez stelaży. Wkładam do niego śpiwór i wskakuję do środka nakrywając się namiotem. Dopiero teraz uświadamiam sobie jak męczący i wyczerpujący był ten dzień. Zasypiam gdy na niebie pojawiają się w jasnym obłoku miliardy mrugających do mnie gwiazd.