15.08.12 Neumagen/Dhron – Bernkastel Kues ? Traben Trarbach – Zell ?St. Adelund

Rzeka Mosel i winnice

Rzeka Mosel i winnice

Ładna pogoda, od strony rzeki wieje lekki, pachnący kwiatami, orzeźwiający wiaterek. Widoki wciąż przepiękne, zwłaszcza w taki słoneczny dzień. Nigdzie się nie spieszę. Często się zatrzymuję w większych miasteczkach, odwiedzam sklepy i spaceruję. W Zell postanawiam coś przekąsić. Koło mnie zatrzymują się dwie pary turystów na rowerach. Francuzi i Holendrzy. Pozdrawiamy się grzecznie. Pytają skąd jestem i dokąd jadę. W kilku słowach opowiedziałem im o swojej pielgrzymce rowerowej do Nantes. Obecnie jestem w drodze powrotnej do Polski. Z zaciekawieniem oglądali ze wszystkich stron mój stary rower cmokając z podziwu. Nie mogli wprost uwierzyć w to wszystko. W pewnej chwili mężczyźni cos tam do siebie powiedzieli po francusku, spoglądając to na mnie to na rower. Panie uśmiechały sie do mnie miło. Juz miałem się pożegnać i jechać dalej gdy mężczyźni wrócili z wypchaną torbą plastykową. – Proszę ją przyjąć i nie odmawiać. Wieczorem kończymy urlop i wracamy do swoich domów więc te rzeczy do niczego nam się już nie przydadzą. Poza tym ? pielgrzym nie może odmawiać przyjęcia podarunku. Ale torbę niech Pan otworzy dopiero po naszym wyjeździe. Okazało się, że są katolikami i w zeszłym roku odbyli na rowerach część drogi św. Jakuba z Kolonii do Metz. Dalszą część trasy z Metz do St. Jean-Pied-de-Pond przy granicy francusko-hiszpańskiej mają zamiar odbyć w przyszłym roku, rok później pieszo z St. Jean-Pied-de-Pond do Santiago de Compostela. Odpowiedziałem, że ja mam podobny zamiar więc może się spotkamy gdzieś na trasie. Podziękowałem za prezent i kiedy odjechali otworzyłem torbę. W środku znalazłem nowiutkie rzeczy zapakowane jeszcze w folię sklepową: dwie opony silikonowe, dwie koszulki rowerowe, jedną parę spodni rowerowych, żółtą kurtkę przeciwdeszczową. Ca za wydarzenie! Po raz trzeci ktoś, od tak z siebie, zupełnie bezinteresownie udziela mi kosztownej pomocy (same opony kosztują jakieś 50 Euro). Zaczęło się ściemniać, a ja wciąż nie widzę miejsca na nocleg. Przed 22 zjeżdżam z trasy rowerowej do winnicy i popychając rower przed siebie wspinam się jakieś 200 metrów do góry. Znajduję niewielką szopę na narzędzia za którą się chowam i wyjmuję śpiwór. Prawie po omacku skręcam papierosa. W sumie ten dzień mogę zaliczyć do udanych.