2013 Reims – Paris

Mój drugi bardzo zwariowany pomysł. Remich w Luksemburgu gdzie mieszkałem w 2013 roku jest małym i spokojnym miasteczkiem. W weekendy w trakcie sezonu jest nie do wytrzymania. Mnóstwo turystów z Belgii, Holandii, Niemiec i Francji, pływających jachtami lub stateczkami turystycznymi po rzece Mosel zatrzymuje się tutaj na kolację i zabawę. W takie dni najczęściej spędzałem czas przy laptopie lub siedziałem na ławeczce na Esplanade z widokiem na rzekę i czytałem książki na moim PocketBook (oczywiście z braku kasy na poważne rozrywki). W tamtym czasie byłem zatrudniony jako tzw. manager produktów cukierniczych. Polegało to głównie na sprawdzaniu czy w cukierniach współpracujących z moim pracodawcą nie brakuje ciastek lub torcików. W takim przypadku jechałem po towar i zawoziłem tam gdzie występowały braki. Praca była o tyle ciekawa, że mogłęm sobie przy okazji też pozwiedzać np. północną Francję i Luksemburg. No Niemcy też ale te znałem 😉 Czasami zdarzał się wyjazd w soboty i niedziele, głównie podczas sezonu. Tak było i tym razem. Siedziałem na ławeczce czytając Straz! Straz! – Terrego Pratchetta (uwielbiam go, przeczytałem jego wszystkie powieści, niektóre nawet po kilka razy) kiedy zadzwonił mój szef i polecił zabrać torciki i zawieść je do Reims we Francji. Niedaleko, jakieś 230 km autostradą A4. Tam miałem zaczekać do poniedziałku. W takich przypadkach zawsze zabierałem ze sobą rower. W Reims byłem w niedzielę przed południem i już na miejscu okazało się, że moje autko dostawcze ma awarię silnika. Było na gwarancji więc serwis z Paryża zapowiedział się na poniedziałek. W poniedziałek mili panowie z serwisu stwierdzili, że silnik wymaga nowej części, a tą dostarczą dopiero w środę wieczorem. Miałem więc dwa dni wolne i mój szef (dobra dusza) stwierdził, że powinienem zaczekać. Reims jest piękne, zwłaszcza katedra. Z tego rejonu pochodzi też szampan. Trochę pojeździłem po mieście rowerem podziwiając to i owo lecz wieczorem wróciłem do hotelu. Zadzwonił telefon. Mój szef oznajmił mi, że część do silnika dostarczą dopiero w czwartek więc on, znając moje zamiłowanie do jazdy rowerem stwierdził tylko: „Pogoda jest ładna, skorzystaj z okazji i przejdź się do Paryża”. Za dwa dni chłopcy zabiorą cię z powrotem do Reims. To TYLKO 170 km. Jestem szalony. Następnego dnia o 6 rano, zabrałem kurtkę i mały plecak, wskoczyłem na rower i pojechałem do Paryża. Po drodze nocowałem w maleńkim pensjonacie w Dieue-sur-Meuse. Jechałem głównie drogami komunalnymi, na kilku odcinkach z rowerzystami z Norwegii i Anglii. W Paryżu byłem w środę ok.16. Zaliczyłem jeszcze wieżę Eifla i razem z mechanikami z serwisu (ucieszyli się, że mogą wyrwać się na dwa dni z Paryża) wróciłem do Reims. Jak mówią młodzi „spontan jest najlepszy”.